Admirał był nieco skonsternowany. Tizio nie dopytywał się zbyt często o morskie przygody ojca (zmyślane naprędce aczkolwiek z niebywałą fantazją) a kwestie tatusiowych lęków nie zajmowały go wcale. Stary wilk morski zachodził w głowę gdzie i w jakich okolicznościach przyznał się do tego, że boi się rekinów.
-Tato a jak wygląda rekin? - pytanie nie pozostawiało wątpliwości co do dalszego toku rozmowy...
-Rekin to taka drapieżna ryba...
-Co to znaczy drapieżna? - Admirał wiedział, że w tym wieku dociekliwość dziecka potrafi być uciążliwa, jednak pamiętał również, że wiedza przekazana teraz latorośli z pewnością będzie kiedyś procentować.
-To znaczy, że poluje na inne zwierzęta.
-A na ciebie też by mógł?
Stary wilk morski od dnia, kiedy berbeciem będąc, skryty pod stołem, oglądał plastikową podróbę Spielberga ucztującą na niewinnych mieszkańcach niewielkiej osady, pałał do rekinów szczególną awersją. Malec jednak, zgodnie z przewidywaniami, nie zamierzał przestać drążyć tematu.
-Tata, a jakby tak Ciebie połknął w całości, to co by było? - Admirał bezskutecznie próbował dociec, w którym odcinku Uszatka mogła zostać przemycona wizja połykanego Prosiaczka bądź innej bajkowej postaci. Nie wiedząc jak wybrnąć z ocierającego się o eschatologię pytania oficer postanowił ująć sprawę najdelikatniej jak to tylko możliwe nie unikając jednak trudnej prawdy.
-Wiesz Tiziu, posiedziałbym sobie u niego w brzuszku, a potem rekin by mnie wypuścił drugim końcem i unosiłbym się w oceanie - taka mała, samotna kupka i nikt nie wiedziałby, że to ja.
czwartek, 14 lutego 2008
Morskie opowieści cz.8
poniedziałek, 11 lutego 2008
Morskie opowieści cz.7
Admirał delektował się poranną bryzą leżąc na ciepłym piasku haitańskiej plaży. Smukłe palmy kołysały się łagodnie, wsłuchane w szmaragdowy szum fal morza karaibskiego. Jakby zgadując myśli starego wilka morskiego półnagie miejscowe piękności zaczęły znosić tace z owocami a jedna z nich skrywająca swe wdzięki kilkoma listkami paproci podała mu zmrożoną szklankę z egzotycznym drinkiem.
- Życie jest piękne – mruknął żeglarz przymykając oczy by nie widzieć gładkiej, opalonej skóry usługującej mu dziewczyny; bądź co bądź był żonaty od dobrych kilku lat. Niestety człowiek z wiekiem nie młodnieje, powieki nie miały tej siły co dawniej i nie dawały się domknąć, chcąc nie chcąc Admirał musiał śledzić urocze krągłości pląsających wokół niego kobiet. Jedna z nich pochyliła się nad leżącym mężczyzną i szturchnęła go, uśmiechając się przy tym lubieżnie. Admirał postanowił zignorować ewidentną zaczepkę, jednak roznegliżowana piękność nie dawała za wygraną i kopnęła go w łydkę. Ból był na tyle ostry, że palmy przygięły się do ziemi a morskie fale zastygły w bezruchu. Na plaży nie było nikogo, tylko stary żeglarz i jego napastliwa adoratorka.
- Wstawaj ośle – usta Haitanki nadal zdobił uśmiech natomiast głos niewątpliwie należał do oficer aprowizacyjnej – obudź się wreszcie. Ciepły piasek zaczął powoli przybierać kształt pościeli, morze i palmy zniknęły bezpowrotnie.
- Dlaczego mnie budzisz, miałem taki piękny sen...
- Dośnisz go sobie później, a teraz ubieraj się – szanowna małżonka nie zdawała sobie sprawy, że wyśnienie takiej plaży, to co najmniej cztery bite godziny spania... o Haitankach i o chłodnym drinku nie wspominając.
- Śniło mi się, że wygraliśmy w totka – Admirał nie wierzył swoim uszom – wracając z BP zrób zakupy, bo w domu nie ma kasy, kupon jest w torebce – oficer aprowizacyjna poprawiła się na podusi i... zasnęła.
Admirał dziarsko maszerował po opustoszałym jeszcze o tej porze mieście. W myślach już pakował się żeby przeżyć swój sen na jawie...
- Tak, jest wygrana, ma pan trójeczkę ale wypłacamy dopiero po 8.00 – pani na BP była bardzo uprzejma. Stary żeglarz z uśmiechem podziękował i pogwizdując ruszył w kierunku ulubionego spożywczaka. Na śniadanko będą bułeczki i kawusia pomyślał sobie, wytrzepując z kieszeni kurtki morski piasek.
niedziela, 10 lutego 2008
Morskie opowieści cz.6
Komar unosił się gdzieś nad głową Admirała. Dyskretna drwina zawarta w bzyczeniu jego skrzydełek powoli doprowadzała oficera do obłędu. Już od niemal godziny trwał zacięty pojedynek. Człowiek wymachiwał rękami na oślep a owadzi adwersarz po prostu sobie bzyczał o tym jak to będzie swędziało jak już skończy. Nie pomogły nawet rozpaczliwe próby omotania obrzydłego krwiopijcy kołdrą, która to czynność zaowocowała jedynie solidnym kuksańcem od oficer aprowizacyjnej, której nie spodobało się nagłe ochłodzenie. Komarzysko z zastanawiająca precyzją i podziwu godnym uporem unikało wszelkich prób jego unicestwienia. Beznadziejną wydawałoby się sytuację niespodziewanie rozwiązał admiralski kot , który zniecierpliwiony miotaniem się szarży we wspólnej, bądź co bądź, pościeli, zakończył nierówną walkę człowieka z owadem jednym celnym pacnięciem łapki. Admirał odetchnął z ulgą, lecz zaraz potem poczuł się dotknięty do żywego. Jego godzinna męka, okupiony potem wysiłek polowania na skrzydlatego potwora czającego się w ciemnościach skwitowany bezczelnym miauknięciem, tak się nie godzi.
- Że niby mam ci podziękować, tak? Całuj psa w nos, trzeba było to bydle ukatrupić wcześniej - kot umościł się w nogach łóżka i nic sobie nie robił z fochów pańcia.
Sen nie przychodził. Admirał postanowił sprawdzić, co tam słychać w wielkim świecie i szurając kapciami pomaszerował do kantyny. Malutki, półkilogramowy kąsek serniczka ukoił stargane nerwy i pozwolił zapomnieć o despekcie.
Admirał postanowił włączyć telewizor. Bycie na bieżąco z aktualna sytuacją polityczną w kraju uważał za swój patriotyczny obowiązek, szczególnie ważny o trzeciej nad ranem.
- Gdzie jest u diabła ten pilot – wyszeptał. Czarne pudełeczko z guziczkami zapewniało komfort i nieograniczoną władzę w ramach pakietu telewizyjnego i stopnia zużycia baterii. Okazało się, że to ostatnie pozostawia wiele do życzenia. Admirał wytężał się, stękał i sapał lecz niczego nie zdziałał.
- Władza jest w rękach ludu, więc może by tak kolektywnie... - myśl o obudzeniu oficer aprowizacyjnej napawała starego wilka morskiego przerażeniem – o nie, nie będzie pilot pluł nam w twarz. Oficer
trzepnął pudełeczkiem o kant stołu w celu uświadomienia martwemu przedmiotowi jego miejsca w szeregu a ten zareagował natychmiast. Telewizor rozbłysł i na akranie pojawił się pasek potencjometru świecący złowrogo na pozycji MAX. Gdyby to był kanał planszowy... ostatecznie te akwarium z rybkami w Tele5... nawet pani stawiająca tarota nie byłaby zła...ale to? Kto uwierzyłby jednak w naukę języka niemieckiego o trzeciej nad ranem i to w trybie max volume...
- Ja, ja, ja, ja, du bist wunderbar... - pilot nie działał, krzesło wywróciło się z łomotem zagłuszając kolejne przytakiwania całkiem udanej blondynki...
Jutro trzeba będzie się wstydzić.
piątek, 8 lutego 2008
Morskie opowieści cz.5
Nauka języków obcych to podstawa... tak przynajmniej wydawało się Admirałowi, który z bożą pomocą dukał troszeczkę po angielsku, klął jak szewc po niemiecku (i nic więcej) a w wolnych chwilach udawał, że zachwyca się miarowym rytmem horacjańskich jambów. Jednak jako że, jak powiadają, na naukę nigdy nie jest za późno Admirał postanowił wprowadzić na pokładzie obowiązkowe szkolenie językowe.
-Hanej gdzieżeś poputała ajrona bo muszę spodnie uprasować – admiralskie esperanto zabrzmiało dość zgrzebnie czy to za sprawą sepleniącej wymowy, czy też może z winy podłego akcentu.
Oczy oficer aprowizacyjnej wyrażały bezgraniczne uwielbienie dla lingwistycznych zdolności przełożonego.
-Gorzej ci? - opiekuńczość była jej drugim imieniem – a żelazko lepiej zostaw, jeszcze sobie coś zrobisz i nie daj boże ubranie spalisz.
Admirał zmierzył niedobrym wzrokiem wymiętolone spodnie. Sztormy, trąby powietrzne, burze piaskowe nawet wieczorne nieplanowane powroty na cyku – wszystko wydawało się być fraszką wobec pomarszczonej powierzchni admiralskich pantalonów. Coś należało z tym zrobić.
-Jak ci idzie? - oficer aprowizacyjna znała upór i samozaparcie starego wilka morskiego.
-Wery gud po środku ale brzegów nie idzie zaprasować – żelazko uporczywie nie dawało się okiełznać. - Help mi, bo mnie diabli wezmą, plis. Admirał z ciężkim westchnieniem oddał niepokorne AGD w delikatne dłonie oficer aprowizacyjnej. I oto przed oczami Admirała rozegrał się prawdziwy cud. Niczym wytrawny nawigator jego podwładna prowadziła niewielką łódeczkę żelazka po zszarganej przeciwnościami losu powierzchni spodni, z diabelską wprost precyzją unikała niemal niewidocznych raf metalowych nap i guzików, wiedziona nieomylnym instynktem, niby w tańcu, okrążała wypukłości kieszeni i szwów. Admirał przetarł oczy ze zdumienia, czy to była jego oficer aprowizacyjna? Ten nieoszlifowany diament był członkiem jego załogi? Czym były jego sławetne manewry na kontrtorpedowcu „Po piwie” w porównaniu do tego, czego przed chwilą był świadkiem. Stanowczo nie doceniał członków swojej załogi.
-Juar debest, senkju – Admirał był szczerze wzruszony.
-Tata, tata co to jest rakju? - Tizio jak zwykle pojawiał się niespodziewanie wnosząc w monotonię admiralskiego istnienia nutkę wysiłku intelektualnego.
-Że łot proszę?
-No wiesz, na Mini Mini śpiewają: łi łil, łi łil rakju i ja nie wiem, co to znaczy.
Admirał wzniósł gestem proroków rękę do góry, zapatrzył się w nieodległą dal i wyrecytował w natchnieniu.
-Ucz się synu ucz, bo nauka to potęgi klucz.
niedziela, 3 lutego 2008
Morskie opowieści cz.4
Admirał uważał się za wspaniałego ojca, bardzo lubił matkować swojemu Tiziowi.
-Tata weź tygryska i za pomocą ręki wydawaj z niego dźwięki - mała sfatygowana pacynka z impetem wylądowała na klawiaturze. Admirał uwielbiał takie długie wieczory.
-To ja tygrysek, co u ciebie słychać – malec popatrzył krytycznie na prawą rękę seniora zakończoną pluszowym czymś z wąsami.
-Powinieneś zaryczeć, tak wiesz GRRUUUUU!!!
Admirał zdębiał, miał już za sobą naturalistycznie odegrane polowanie na niedźwiedzia; próba skrycia się pod stołem przed nieletnim myśliwym skończyła się dość boleśnie zarówno dla niedźwiedzia jak i dla stołu. Trudno też było zapomnieć o przygodzie czarnego mustanga, którego dzielny, mały indianin z braku cugli wytargał za autobusy vel pekaesy.
-Bo wiesz Tygrysku, ja mam żonę i jak byłem zupełnie malutki to jej jeszcze nie było na świecie, bo się wylęgła jej z brzuszka moja córka Kasia.... - oczy Admirała, wyłupiaste z natury, wyłupiły się jeszcze bardziej.
-Jezu... - Admirał wolał ciąganie za pekaesy – jaka żona, jaka córka, jaka wylęgła...GRRUUU, jestem straszny Ongrys i cię zjem, bo się ożeniłeś a twój kochany ojciec dowiaduje się o tym od pluszowej namiastki tygrysa...
Zabawę przerwał smakowity zapach dochodzący z kantyny. Obaj, niedoszły tygrys i jego żonata i dzieciata 3,5 letnia ofiara zaczęli się skradać – Siadać mi tu zaraz łobuzy jedne, kolacja na stole. - oficer aprowizacyjna zawsze wiedziała, w którym momencie nie należy wkraczać i zawsze wkraczała.
Admirał tak sobie leżał i leżąc postanowił nawiązać więź z oficer aprowizacyjną. Było to o tyle trudne, że wyżej wymieniona oficer cechowała się niezwykłą właściwością, otóż nie wystawała spod kołdry. Muskularne ramię Admirała popełzło w stronę niewielkiej wypukłości, Admirał byłby również popełzł ale nie miał śmiałości. Nagle z pościelowego wzniesienia wydobyło się zduszone miauknięcie. Stary wilk morski sklął w duszy swoje zdolności nawigacyjne i kota, który pukając się ogonem w czoło pomaszerował szukać sobie spokojniejszego miejsca do drzemki. Kolejna wypukłość na wzburzonej powierzchni pościeli wyglądała nader obiecująco ale kiedy Admirał wykonywał szereg skomplikowanych manewrów wydobyło się z niej ostrzegawcze warknięcie...
Wytrawny żeglarz po raz kolejny tego dnia zdębiał – Co jest do stu tysięcy fur beczek, psa przecież nie mamy. Cisza była okrutnym signum mającej nastąpić rzeczywistości... Admirał zrezygnowany westchnął i zakotwiczył się do poduszki.
-Tato nie widziałeś może mojego Kłapouszka? - malec w wyjściowej piżamce wszedł do sypialni ciągnąc za sobą dwie poduszki i kołderkę, gdzieś z tyłu majaczył nieokreślony pluszowy kształt.
-Po co Ci ten osioł, masz przecież ojca – naburmuszony głos oficer aprowizacyjnej wydobywał się gdzieś z pościeli.
-O co ci chodzi, przecież jak manewrowałem żeby Cię przytulić to żeś mnie owarczała – Admirał był z lekka poirytowany.
-To już sobie powarczeć nie można? - Admirał zwiotczał, nierozumienie kobiet przychodziło mu z taka łatwością.
sobota, 2 lutego 2008
Morskie opowieści cz.3
Admirał usiadł w fotelu i zaczął powolutku wyłuskiwać moniaki z kieszeni munduru – niewiele tego było. Należało zatem sięgnąć do głębokich rezerw. Patent z opróżnianiem porcelanowej owieczki za pomocą linijki byłby przydatny, gdyby nie fakt, że owieczka była pusta od wielu miesięcy. Pionowa bruzda na czole starego wilka morskiego mogła oznaczać tylko jedno - Admirał myślał. Każdy prawdziwy mężczyzna posiada różne przemyślne sposoby ukrywania drobnych kwot na tzw. wszelki wypadek; ostateczna, finalna forma tych „oszczędność” znana jest pod nazwą zaskórniaków. Admirał nerwowo zaczął grzebać między poduchami fotela, po chwili natrafił na drobny kształt, mała metalowa papierośnica z wytłoczoną figurką półnagiej egzotycznej piękności raczej nikomu nie skojarzyłaby się z tajnym kątem oszczędnościowym na czarną godzinę...
„Ile może kosztować bukiet róż?” - twarz Admirała powlekła się burym odcieniem szarości - „A mogłem sobie darować to piwo z kolegami....” Stary żeglarz począł analizować wydarzenia wczorajszego dnia...
„Wejście na pokład było perfekcyjne, oficer aprowizacyjna niczego nie zauważyła...” - myśli Admirała błyskawicznie przeskakiwały z jednego obrazu na drugi. Zdjęcie płaszcza i oficerek w głębokim półobrocie... zdecydowane „Jestem głodny!” rzucone mimochodem w drodze do kantyny... taktyczne zajęcia miejsca po drugiej stronie stołu... kanapka z dużą ilością przypraw... a potem majtek Tizio... - to był początek końca.
„Tato chce mi się kupę” - smrodek rozanielony powrotem rodzica jak zwykle mówił co myślał. Admirała skusiło a nie powinno: „Mówi się chcę skorzystać z toalety” - techniczna uwaga poruszyła pokłady inteligencji malca. „Tato ale przecież ja nie chcę nic powiedzieć, ja chcę coś zrobić” - zapachniało żądzą mordu. Admirał skupił się w sobie i ostatkiem sił przywołał uśmiech na twarz - „Już zapalam ci światło.” Powszechnie wiadomo, że cisza na morzu zwiastuje burzę. Admirał postanowił działać: „Jak tam Tizio, w porządku? - zwykłe retoryczne pytanie, po którym powinna nastąpić zwykła, krótka, treściwa odpowiedź.
„Bo wiesz tato, zrobiłem. No kupka, że palce lizać.” - piekło otworzyło swe podwoje, ziemia rozwarła się ukazując ogniste wnętrze... w oczach oficer aprowizacyjnej pojawiły się dwa płonące złowrogo znaki zapytania: „Kto cię nauczył takich głupot?”.
„No przecież tata tak powiedział...” - dystans między Admirałem a małżonką gwałtownie się zmniejszył... - „Czemu uczysz dzieciaka.... CZEMU PIŁEŚ PIWO
Doświadczony oficer bezwiednie otworzył papierośnicę i wyciągnął banknot. Razem z moniakami powinno starczyć na mały bukiecik róż.
piątek, 1 lutego 2008
Morskie opowieści cz.2
Pogoda znów była pod psem. Admirał nie miał zamiaru dochodzić czyj to pies i dlaczego położył się na pogodzie - nie dziś. Przede wszystkim należało uzupełnić zapisy w dzienniku pokładowym:
"06.07.2007 wieczór, oficer aprowizacyjny spóźnia się a załoga nie chce zjeść na kolację chrupek kukurydzianych typu Flips; buntem dowodzi majtek Tizio; propozycja naleśników rozładowuje napięcie. Przygotowanie potrawy przebiegało bez zakłóceń do momentu gdy w/w Tizio, w ramach sabotażu, wlał zawartość kartonu mlekovity do miski z naleśnikową melasą. Kryptonim "Naleśniki" został zmieniony na "Dosyp, dolej" - wyjściową ilość ciasta naleśnikowego ocenia się na ok 1 litr."... - i smażeniu nie było końca.
Admirał otrząsnął się z zadumy i pomaszerował do kantyny aby ocenić straty w ludziach i sprzęcie. Nie było dobrze, patelnia Tefal kaliber 170 mm, mała i poręczna, w przypadku jajecznicy pozwalała okiełznać pryskające wokół kropelki oleju; z naleśnikami było odwrotnie... kantyna nadawała się do kapitalnego remontu.
[po jakimś czasie]
Admirał z rozrzewnieniem pucował swój ukochany kufel. Delikatnie pieścił ściereczką cynowe wieczko, gładził szlachetne i pełne majestatu wypukłości ścianek . W pięknych, nieco zaropiałych oczkach Admirała zakręciły się łzy tęsknoty, ograniczając i tak wykoślawioną percepcję wzrokową doświadczonego oficera. Z kuchennego blatu szczerzyła się do niego bateria butelek wody mineralnej Nałęczowianka:
-"Oto do czego doszło, muszę pić wodę... jak zwierzęta, eh." - Admirał z pietyzmem odstawił kufel na półkę i wziął ze stołu kolejny talerz do wycierania... życie trwało dalej.
