piątek, 8 lutego 2008

Morskie opowieści cz.5

Nauka języków obcych to podstawa... tak przynajmniej wydawało się Admirałowi, który z bożą pomocą dukał troszeczkę po angielsku, klął jak szewc po niemiecku (i nic więcej) a w wolnych chwilach udawał, że zachwyca się miarowym rytmem horacjańskich jambów. Jednak jako że, jak powiadają, na naukę nigdy nie jest za późno Admirał postanowił wprowadzić na pokładzie obowiązkowe szkolenie językowe.

-Hanej gdzieżeś poputała ajrona bo muszę spodnie uprasować – admiralskie esperanto zabrzmiało dość zgrzebnie czy to za sprawą sepleniącej wymowy, czy też może z winy podłego akcentu.

Oczy oficer aprowizacyjnej wyrażały bezgraniczne uwielbienie dla lingwistycznych zdolności przełożonego.

-Gorzej ci? - opiekuńczość była jej drugim imieniem – a żelazko lepiej zostaw, jeszcze sobie coś zrobisz i nie daj boże ubranie spalisz.

Admirał zmierzył niedobrym wzrokiem wymiętolone spodnie. Sztormy, trąby powietrzne, burze piaskowe nawet wieczorne nieplanowane powroty na cyku – wszystko wydawało się być fraszką wobec pomarszczonej powierzchni admiralskich pantalonów. Coś należało z tym zrobić.

-Jak ci idzie? - oficer aprowizacyjna znała upór i samozaparcie starego wilka morskiego.

-Wery gud po środku ale brzegów nie idzie zaprasować – żelazko uporczywie nie dawało się okiełznać. - Help mi, bo mnie diabli wezmą, plis. Admirał z ciężkim westchnieniem oddał niepokorne AGD w delikatne dłonie oficer aprowizacyjnej. I oto przed oczami Admirała rozegrał się prawdziwy cud. Niczym wytrawny nawigator jego podwładna prowadziła niewielką łódeczkę żelazka po zszarganej przeciwnościami losu powierzchni spodni, z diabelską wprost precyzją unikała niemal niewidocznych raf metalowych nap i guzików, wiedziona nieomylnym instynktem, niby w tańcu, okrążała wypukłości kieszeni i szwów. Admirał przetarł oczy ze zdumienia, czy to była jego oficer aprowizacyjna? Ten nieoszlifowany diament był członkiem jego załogi? Czym były jego sławetne manewry na kontrtorpedowcu „Po piwie” w porównaniu do tego, czego przed chwilą był świadkiem. Stanowczo nie doceniał członków swojej załogi.

-Juar debest, senkju – Admirał był szczerze wzruszony.

-Tata, tata co to jest rakju? - Tizio jak zwykle pojawiał się niespodziewanie wnosząc w monotonię admiralskiego istnienia nutkę wysiłku intelektualnego.

-Że łot proszę?

-No wiesz, na Mini Mini śpiewają: łi łil, łi łil rakju i ja nie wiem, co to znaczy.

Admirał wzniósł gestem proroków rękę do góry, zapatrzył się w nieodległą dal i wyrecytował w natchnieniu.

-Ucz się synu ucz, bo nauka to potęgi klucz.



Brak komentarzy: